Poszedłem sobie dzisiaj przetestować nową siłownię. Nie to, że ze „starą” jest coś dramatycznie nie tak, ale raz na jakiś czas warto zrobić przegląd tego co oferuje niewidzialna ręka rynku.
Niedaleko miejsca bytowania namierzyłem jedną z sieciowych siłowni, która na pierwszy rzut oka wydawała się spełniać moje oczekiwania.
Ruszyłem więc na zbadanie nieznanego podniecony jak Duda przed spotkaniem z Obamą.

Po krótkiej wymianie zdań z Panią z recepcji podniecenie ulotniło się szybciej niż zdrowy rozsądek z okolic ul. Wiejskiej.
Pani z recepcji: Oo, pierwszy raz u nas? O a skąd, a na jakie siłownie wcześniej, a gdzie Pan mieszka, a to, a tamto, a sramto.

Czułem się jak na przesłuchaniu do „polskich nagrań”, takim które przeprowadza pamiętny Dziadek z Psów.
Dalej w las było tylko „lepiej”, bo po całej litanii pytań zaczął się czas bajerowania i płynnie przeszliśmy do strony nr 74 z podręcznika komiwojażera:
Pani z recepcji: ooo, ale widzę, że Pan coś ćwiczy, to ja mam dla Pana doskonałą ofertę – UMOWA na 12 miesięcy!

Ja to chyba jestem jednak ofiarą systemu komunistycznego, bo w takim kapitalizmie to ja się odnaleźć nie mogę.
Ja tu kurde bele chce tylko poprzerzucać żelastwo – jaka umowa na 12 miesięcy !?!?
Nie dość, że wyspowiadałem się Pani lepiej niż podczas przygotowań do bierzmowania, to teraz mam jeszcze zawrzeć umowę, jakbym wchodził w dil życia na poliso-lokatach.

Pani nie dawała za wygraną, walczyła dzielnie jak posłana Pawłowicz z kulturą osobistą. Starała się każdym sposobem zachęcić mnie to tej rewelacyjnej oferty: a że bez wpisowego, a że pierwszy miesiąc prawie jak za darmo, etc. Tłumaczę jej, żę chcę przetestować nowy przybytek i tylko karnet na miesiąc i nic innego mnie nie interesuje, ale widzę że nie mogę się przebić z komunikatem.
Pani przestała nagabywać mnie dopiero w momencie, kiedy zapytałem czy takich klientów jak ja nie potrzebują (takich, co kupują karnet wtedy kiedy chcą chodzić na siłownię, a nie wtedy kiedy siłownia chce od nich pieniędzy). Wtedy dopiero się zatrzymała w swoim słowotoku, ale przy okazji przyznała, że z takiego klienta to ona nic nie ma. Ja rozumiem, że prowizja, że dzieci w domu płaczą, że pies ma szkorbut, ale za przeproszeniem – „penis męski” mnie to obchodzi.

Ale przynajmniej tak naładowany pozytywną energią zrobiłem trening solidniejszy niż planowałem 😉

PS> umowę (na miesiąc) podpisywałem przy wyjściu i oczywiście okazało się, że w zasadzie to na żadne promocje się nie łapie (pomimo wcześniejszych różnych chwytów reklamowych)

PS2> muszę zapamiętać, żeby unikać miejsc, w których w żaden sposób nie idzie sprawdzić cennika (ani na stronie, ani nawet na miejscu w siłowni NIE ma cennika)

Nie bądź chytry, podziel się linkiemShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *