Z natury jestem introwertyczny, więc wyznania nie przychodzą łatwo, toteż dzisiaj zdobędę się na takie umiarkowanie szokujące, żeby od czegoś zacząć – uwielbiam chodzić na siłkę!

Wszyscy teraz są (albo chcą być) fit – bieganie, crossfit, grupowe ćwiczenia z „keglem”, czy inne balansowanie na jednej nodze w trakcie trymowania brody. A ja lubię tak oldskulowo – złapać kawał żelaza bez kombinowania i sprawdzić kto dzisiaj z tej potyczki wyjdzie zwycięsko (jest coś w tym co mówił Henry Rollins – „żelazo nigdy Cię nie oszuka”).

Kto przypadkiem trafił na moje wcześniejsze wynurzenia na temat korpo-siłowni wie, że uwielbiam je jak Joanna D’Arc skoki przez ognisko i zdecydowanie wolę mniejsze, osiedlowe ośrodki konserwowania tężyzny fizycznej. Nie sposób wyliczyć wszystkich zalet takich miejsc – mikroszafki w szatni do której mieści się albo kurtka, albo torba, aromaty przetrawionych odżywek białkowych, czy wreszcie sprzęty pamiętające czasy, kiedy Polacy uczyli Francuzów jeść widelcem. Jednak główną zaletą takich miejsc jest ekipa. Na dużych siłowniach nie zdarzyło mi się spotkać tak oryginalnych i intrygujących postaci i dzisiaj przypowieść będzie właśnie o nich.

Są goście, którzy zawsze (lub prawie zawsze) są na siłce. Tam gdzie trenuję do tego grona zalicza się 2 osobników, których na własne potrzeby klasyfikacji otaczającego świata nazywam „zgryźliwymi tetrykami”. Obydwaj są już w słusznym wieku (52 i 58 lat), ale tężyzny, kondycji, zacięcia do treningu mają tyle co sześciu współczesnych dwudziestoparolatków. Co roku organizują sobie zawody (pływanie – 3k, bieganie – 10k, rower – 60k i 3 próby siłowe – wszystko jednego dnia, bez przerw), a resztę roku się do nich przygotowują. W trakcie przygotowań każdy z nich próbuje drugiego zniszczyć mentalnie – na porządku dziennym jadą po sobie i opowiadają, kto będzie wąchał czyje bąki w basenie, który z nich będzie ścigał się na czterokołowym rowerze, a który przegrał kwalifikacje na paraolimpiadę.

Jednocześnie obydwaj są uzupełniającymi się siłami, które bez drugiej strony nie są w stanie funkcjonować – jak jin i jang, Malanowski i partnerzy, czy parówka i musztarda. Ale oprócz specjalizacji sportowych i mistrzowskiego „roastowania” każdy z nich ma swoje unikalne super moce.

Pierwszy z nich (nazwijmy go Max, żeby trzymać konwencję tetryków) jest ekspertem od geopolityki. Zibi Brzeziński mógłby się u niego trochę podszkolić w zakresie polityki rosyjskiej. Spróbuję przybliżyć jakiś wycinek tego ogromu wiedzy i doświadczenia, starając się jednocześnie nie wyrwać niczego z kontekstu (wszyscy mamy w pamięci wyrwane jakiś czas temu z kontekstu „skontaktuj się z twoją częścią polipową” i jak to „niezręcznie” wyszło).

Uwielbienia Maxa dla Putina jest porównywalne chyba tylko z zamiłowaniem Szalonego Antoniego do młodych aptekarzy. Często można usłyszeć jak chwali kunszt Wołodii w zakresie dyplomacji i stosunków międzynarodowych – „patrz jak on tych leszczy rozgrywa; oni myśleli, że on się sankcjami wzruszy, a on jeb i dogaduje się z Chinami i w Syrii robi porządek”. Trump stał się jego najnowszym pupilem/idolem – „to jest prawdziwy amerykański macho – tylko zobacz na niego, on wchodzi, ręce w kieszeniach, za długi krawat, rozpięta marynarka, ale on ma to dupie; mówi do tych wszystkich darmozjadów – ja was ciągle nie będę niańczyć, do roboty i płacić, a jak się nie podoba to wypad”. Ostrze Maxowych filipik nie oszczędza nikogo – dzisiaj skierowane było w lamusów z Europy („czy Ty wiesz, że ci zjarani Holendrzy chcieli głosować za rozwiązaniem armii, bo im nie potrzebna”) i nagle przeniosło się na Bliski Wschód, gdzie stwierdzeniem: „Katar i Arabia Saudyjska to największe kurwy w tej okolicy. Oni tylko knują, szkolą terrorystów i generalnie powinno się tam bombę zrzucić”.

W ten sposób płynnie przechodzimy do super-mocy drugiego zawodnika (Johna). Ta super-moc objawiła mi się w pełnej krasie nie na sali treningowej, a w miejscu odpoczynku, refleksji i zastrzyków z propionatu testosteronu, czyli w szatni. Nic nie zapowiadało, że standardowa wizyta na siłowni zmieni moje życie na zawsze – słońce jak zwykle wzeszło na wschodzie, dzieci jak zwykle wyprowadziły mnie z równowagi, a politycy jak co dzień okradali obywateli. Jako człowiek wychowany w pruderyjnej Polsce lat 80/90, zastawiający się za gówniarza jak zachować się pod prysznicami na słowackim basenie („no jak to tak na golasa???”) nie mogłem być przygotowany na to, co spotka mnie tego dnia. Goły facet w męskiej szatni to nic nadzwyczajnego, sam już (od niedawna) kąpię się pod prysznicem bez kąpielówek, ale … nieważne. W każdym razie rzeczony John posiada umiejętność nie odrywania wzroku od osoby, z którą aktualnie rozmawia w trakcie jednoczesnego golenia sobie jajek. Przez chwilę miałem lęki, że padnie pytanie „could you do my bikini lines?” co sprawiło, że ubierałem się tak szybko, że wybiegłem w spodniach założonych na głowę i samych klapkach na 20 stopniowy mróz.

Podsumowując – każdy kto mówi, że na siłowni jest nudno nigdy nie trafił do „osiedlowej siłowni” z prawdziwego zdarzenia.

PS. jeśli ktoś nie spotkał się z tematem „bikini lines” – zachęcam do zapoznania się z jednym z odcinków Little Britain in America:

Nie bądź chytry, podziel się linkiemShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *