Wiem, niektórzy powiedzą – człowieku, dopiero teraz? ile ty masz lat? No prawda – stary jeszcze nie jestem, ale to już nie ta sama „swieżość w kroku” co kiedyś. Zbierałem się do tego od dłuższego czasu. Czułem coraz większy dyskomfort, wiedząc, że wielu znajomych ma już to za sobą, a ja jeszcze tego nie zrobiłem. Żona obiecywała, że jak tylko kupię odpowiednie oprzyrządowanie, to ona chętnie pomoże. Ale ja i tak czaiłem się cały czas do tego jak piętnastolatek pod monopolowym. Im więcej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej wydawało mi się to dziwne i nienaturalne. Wielokrotnie zbierałem się w sobie i mówiłem: „dobra, dzisiaj to zrobisz; pójdziesz do sklepu, kupisz co trzeba, wrócisz do domu i załatwimy sprawę po męsku”. Zawsze w takich momentach uruchamiał się mój wewnętrzny sabotażysta, który pytał: „a co jeśli pójdzie coś nie tak? sam mówiłeś, że to nienaturalne, że są rzeczy, których człowiek nie powinien robić”.

Sabotaż był skuteczny wiele razy, ale pewnego dnia powiedziałem DOSYĆ. Wstałem rano z potężnym przekonaniem, że dzisiaj TO się wydarzy. Poszedłem do specjalistycznego sklepu i z lekkim drżeniem w głosie przyznałem się ekspedientce, że to będzie mój pierwszy raz. „Uuuu, proszę pana, to w takim razie, to ja pana zapisuję do kalendarza, bo to trzeba dokładnie omówić ze specjalistą, dobrać kształt i inne parametry, to nie można tak hop-siup kupić i do domu”. Jakby sama idea tego wydarzenia nie była wystarczająco stresująca, to jeszcze gadaj o tym z obcymi ludźmi (i zapłać 199 PLN, bo specjalistyczna usługa). Oczywiście spękałem i nie stawiłem się na umówioną rozmowę (nigdy tak nie robię, ale to było silniejsze ode mnie). Wysłałem żonę żeby dokonała anonimowego zakupu niezbędnych utensyliów, żebym w cichości domowego zacisza mógł to mieć wreszcie za sobą.
Gdy otworzyłem przyniesiony pakunek ręce zaczęły mi się lekko trząść i pocić. Znowu wątpliwości, utrata wiary we własne siły i pragnienie dezercji. Tym razem jednak byłem przygotowany – sam sobie strzeliłem tzw. „luja otrzeźwiacza” w twarz, co wyrwało mnie z mazgajstwa i pobudziło do działania („jestem zwycięzcą!!!”). Wsadziłem palec, a właściwie czubek palca. Poczułem wilgoć, a następnie coś mi się do tego palca przykleiło. Zacząłem mocować się z własnym ciałem, które (pomimo zastosowania technik autosugestii poznanych na kursach Mateusza Grzesiaka) nie dawało łatwo za wygraną i stawiało czynny opór. Palec błądził – niestety bezskutecznie. Po wielokrotnych, nieudanych próbach zacząłem siarczyście kląć. Żona wbiegła do łazienki pytając „co się stao?” Tłumaczę, pokazuję i mówię, że nie wchodzi. Żona, mówi: „dobra, ja ci pokażę jak to się robi, tylko patrz uważnie”. Od razu można było poznać rękę fachowca. Żona załatwiła sprawę szybciej niż Duda ułaskawienie dla Kamińskiego. „Teraz twoja kolej”. No dobra, głęboki oddech, koncentracja i próbujemy jeszcze raz. JEEEEST! Udało się, mam to już za sobą, dzisiaj po raz pierwszy założyłem szkła kontaktowe!

PS> Nadal uważam, że wsadzanie sobie palca w oko nie jest normalne.

Nie bądź chytry, podziel się linkiemShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *