„Słucham jazzu” – te dwa krótkie słowa wypowiedziane w towarzystwie sprawią, że inni w twojej obecności zaczną się czuć nieswojo jak „płaskoziemcy” w sąsiedztwie globusa. Na szczęście twoja sytuacja jest minimalnie lepsza niż w przypadku wyznań typu „ćwiczę crossfit”, albo „jestem weganinem” i nie dostaniesz łatki nachalnego wariata (szybka ankieta – „kto NIE wie, że jego znajomi ćwiczą crossfit lub są weganami”? no właśnie, tak myślałem …). Umówmy się jednak, że dalej plasujesz się wśród towarzyskich pariasów razem z korwinistami, programistami i zbieraczami znaczków.

To właśnie strach przed tym, co ludzie powiedzą wygrywał zawsze u mnie z ciekawością i powodował, że nigdy nie udało mi się bliżej zapoznać z tym gatunkiem muzyki. Obawiałem się, że jeszcze mi się przypadkiem spodoba i co ja z tym dalej zrobię. W każdym razie jakiś czas temu nadarzyła się okazja ku temu, by nadrobić muzyczne zaległości. Nie wiedziałem jednak, że zakup wejściówki na koncert jazzowy to bilet w jedną stronę do strefy, gdzie zwykłe rzeczy nie dzieją się zbyt często.

Działo się to wszystko już ponad rok temu i zaczęło się niewinnie jak posocznica. Kiedyś Żona rzuciła hasło, że na ten „Lalalaland” to by poszła. Sprawdziłem w internetach o co chodzi w tym filmie i napisali, że musical, a że ostatni musical, który oglądałem to było pełnometrażowe „Miasteczko South Park„, to uznałem, że musicale nie są takie złe (lekki niepokój pojawił się jednak przy informacji, że to taki jazzowy musical). Zaproponowałem lepszej połowie – „a może by tak do kina na ten Lalaland?”. Wiedziałem, że odpowiedź będzie twierdząca, bo dziewczynom wystarczy pokazać plakat z Goslingiem i łykną każdy film, choćby to miała być kolejna część „Ludzkiej stonogi” czy „Kac Wawa”.

Emma Stone i Ryan Gosling (czyli kiepska amerykańska odpowiedź na Kaję Paschalską i Maćka Zakościelnego) śpiewają lalala
Emma Stone i Ryan Gosling (czyli kiepska amerykańska odpowiedź na Kaję Paschalską i Maćka Zakościelnego) śpiewają lalala

Film jak film – pośpiewali, potańczyli, rzewna historia w tle, generalnie dało się zjeść popcorn w trakcie oglądania i film za bardzo w tym nie przeszkadzał. W kinie było normalnie, jak u małżeństwa z pewnym stażem i dwójką dzieci – kojarzy się już w zasadzie cały film, kolejność reklam (zawsze gorsze od radiowych) i trailerów. Jednak po wyjściu z kina Żona zaczęła mieć jakieś dziwne objawy – z rozgorączkowanym wzrokiem i dziwnym uśmiechem na twarzy co i raz nerwowo pokrzykiwała „musimy iść na koncert jazzowy, ale to musimy, ja uwielbiam jazz bardziej niż Rozenek selfie z Radzisławem”.

Ponieważ spodziewałem się, że najbliższy stolicy kraju dobrej zmiany koncert jazzowy odbywa się w Nowym Orleanie in de USA (a na razie się w tym kierunku nie wybieramy), więc bez mrugnięcia okiem przytakiwałem – „oczywiście, że pójdziemy kiedy tylko nadarzy się okazja”. Głupi nie wiedziałem, że wchodzę w pułapkę zastawioną z chytrością i przebiegłością godną Maty Hari. Żona już  w kinie sprawdziła, że jest jeden jedyny ostatek na warszawskiej mapie klubów jazzowych i odbywają się tam regularnie koncerty. Ani się spostrzegłem okazało się, ze bilety kupione i idziemy na koncert. Jakoś próbowałem sam się pocieszać, że nie będzie tak źle, przecież „już jako młokos najbardziej lubiłem, gdy Murzyn bił w kokos”, więc mam prawie pół-czarne muzyczne serce. W kontrakcie/bilecie nie doczytałem, że nie dość, że to będzie jazz, to jeszcze folk-jazz. Jako jedna z 7 osób, które oddały głos na „My Słowianie” Donatana w konkursie Eurowizji tłumaczyłem sobie, że to będzie coś podobnego – czarna muzyka z polskim sznytem – co mogło pójść nie tak?

Na miejscu okazało się jednak, że koncerty jazzowe rządzą się swoimi prawami. Gdyby nie oficjalna zapowiedź konferansjera można by się nie zorientować, że właściwa część koncertu już się zaczęła. Artyści zostali co prawda przedstawieni z imienia, nazwiska i specjalizacji i wtedy jakby zaczęła się gra. Podobno to były jakieś skomponowane utwory, ale brzmiało to bardziej jak epicka walka na instrumenty, gdzie każdy wuj na swój strój.

Po trzech godzinach od rozpoczęcia spojrzałem na zegarek. Okazało się, że podobnie jak na lekcjach polskiego w liceum, minęły dopiero trzy minuty. Instynkt samozachowawczy na szczęście zadziałał i mój wewnętrzny system AWACS wykrzyczał w głowie dwie komendy – najpierw „pull up”, a zaraz po tym „ewakuacja do baru”. Zamówiłem bourbona. Barman spojrzał mi głęboko w oczy i zapytał: „a może podwójnego?”.

barman podówjny bourbon
Barman znał się na swojej robocie.

Skubaniec, dobrze znał się na swojej robocie. Kilka podwójnych burbonów dalej i okazuje się, że z miejsca przy barze daje się tego słuchać. Niestety obiecałem Żonie, że jej przyniosę jakieś wino, więc trzeba było wracać. Kilka głębszych … oddechów i rzuciłem się ponownie między wirujący fortepian i kontrabas.

Zmysł obserwacji wyostrzony procentami doprowadził mnie do kolejnego odkrycia. Ja jestem introwertyczny i sprawnie poskramiam swoje wewnętrzne zwierzę, co skutkuje tym, że nie do końca okazuję emocje w różnych sytuacjach. Tym razem jednak miałem wrażenie, że trafiłem na publiczność, która jest tak powściągliwa w swojej ekspresji, że przy nich spokojnie mogłem uchodzić za ekstrawertyka. Większości koncertu towarzyszyła cicha kontemplacja, w pozycji pół kwiatu lotosu z lekko podpartą brodą, rzadko przerywaną 3 lekkimi wychyleniami głowy o precyzyjnie wyliczony kąt 3,5 stopnia (mogłem się lekko pomylić, bo nie miałem ze sobą kątomierza).

Okazuje się, że różnice pomiędzy koncertami jazzowymi, a tymi, na których zdarzyło mi się bywać wcześniej, są daleko bardziej posunięte niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Wygląda na to, że nie należy próbować stage divingu ani pogo. Generalnie nie obowiązują tutaj te same zasady co na Kaziku na Juwenaliach, czyli napierdalanie się pod sceną oraz próba oszukania ochrony, żeby oddać skok ze sceny to nie są główne punkty tych koncertów.

Podsumowując – wyjście na koncert jazzowy, bez uprzedniego wcześniejszego przygotowania i aklimatyzacji może skończyć się tragicznie jak wyprawa na Morskie Oko, bez wsparcia fiakra – ogólnopojętym zmęczeniem. Jeśli przypadkowo znaleźliśmy się w oku tego muzycznego cyklonu, (bez uprzedniego przygotowania) należy postawić zdecydowanie na intensywne dostarczanie płynów do organizmu, bo może to być dla nas ostatnia deska ratunku (acz może mieć nieprzewidywalne skutki uboczne).

PS> Jeśli ktoś już musi koniecznie słuchać tego jazzu to polecam poniższy numer:

Nie bądź chytry, podziel się linkiemShare on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *