* – odcinek przyjazny weganom, nie zawiera mięsnego jeża

Każdy, kto ma dzieci (albo zna kogoś kto ma) krzyknie w tej chwili – „Kłamstwo, potwarz i co ty się tam znasz! Przecież przy dzieciach nie tylko kreatywność się wzmaga, ale jest też warunkiem koniecznym do przetrwania we względnie niezachwianej kondycji psychicznej”. Ja wiem, że czasami rodzic musi się wykazać żeby np. przekonać dziecko do założenia butów w czasie krótszym niż przeciętny czas w maratonie i z pominięciem etapu jedzenia smarków z nosa. Sam jakiś czas temu w trakcie wycieczek do „sobotu” musiałem wymyśleć coś, co oderwałoby na chwilę sforę od straganów (przyklejały się do każdego z nich jak ręcę polityków do naszych pieniędzy), więc skończyło się na niewidzialnym balonie, z niewidzialnym sznurkiem, które to dzieci dzielnie trzymały i nie pozwalały mu odlecieć (stara szkoła Dawida Coperfielda). Ale mi nie o taką kreatywność chodzi. Bardziej chodzi mi o proces twórczy i stworzenie czegoś zrodzonego z „bulu i nadziei”, przemyślanego, co finalnie przynosi satysfakcję z osiągniętego efektu.

W każdym razie – miał być krótki film o zabijaniu, więc jak to jest z tym zabijaniem już spieszę wytłumaczyć.

„Było ciepłe lato, choć czasem padało …” – dobra, słaby żart;), ale naprawdę działo się to latem. Komary gryzły (btw. jeśli bogowie istnieją, to po co je stworzyli??), konik polny dojadał kanapkę z dżemem, która została po kolacji, a Fortuna znowu ze mnie zakpiła i wylosowałem (jak co drugi dzień) usypianie dzieciaków.

Na wakacjach młodociani spali w ramach atrakcji razem. Pierworodna już smacznie chrapie, młodszy jescze coś tam brządka. Pilnuje ich i staram się być cicho i nie drgnąć nawet powieką (jak w trakcie wgrywania gry z kasety na Atari), żeby nie zakłócić procesu zasypiania. Czekam tylko aż młody padnie i później już tylko cały wieczór z twórczością literacką (czyli moja bełkotliwa pisanina na fejsa). Powoli w głowie zaczyna układać się plan kolejnej opowieści. Dobieram w głowie porównania, metafory i paralele, przy których bledną najnowsze dokonania Jana Pietrzaka i Ryśka Makowskiego. Czuje, że tekst, który za chwilę napiszę ma szansę przyćmić wszystkie moje dotychczasowe sukcesy życiowe (wliczając to 3-cie miejsce w eliminacjach do randki w ciemno). TAK – to będzie murowany kandydat do nagrody Najki i Penclubu. Ok, wygląda na to, że młody już śpi, biegiem teraz do kompa i czas zaczynać przelewać genialne myśli na elektroniczny papier.

Azaliż, gdy tylko moja mniej szlachetna część pleców dotknęła kanapy słyszę zaklęcie całkowicie czyszczące pamięć i pokłądy kreatywności – „tatusiuuuuu”. Dobra, zaciskam zęby, mówię sobie – „przecież jest już tak zmęczony, że oczy zaraz same mu się zamkną, pójdę jeszcze na 2 minuty i będzie z głowy, a później już tylko literacka orgia”. Siedzę planowane 2 minuty, młody się nie rusza, jest dobrze. Tym razem wychodzę chyłkiem, niewidzialny – jak wiecie, ten znajomy, który pożyczył kasę i pomimo że mieszkacie na jednej klatce, to zawsze przemknie niezauważony. Tym razem nie udało mi się wystawić nogi za próg pokóju, gdy ta żmija na własnej piersi hodowana zakwiliła przeciągle – „tatusiuuuu”. Jest już prawie 22:00 – ile można nie spać!!! W myślach widzę już siebie i młodego na ringu wrestlingu amerykańskiego, on leży na środku, ja wspinam się po narożniku i skaczę z wyciągniętym łokciem jak Macho Man Randy Savage.

W takich chwilach przydają się doświadczenia nabyte z wnikliwego studiowania zdjęć p. Młynarskiej metydującej na tarasie w Juracie. Kilka głębokich oddechów, w głowie wyprowadzam wzór na pole koła (i gdzie są teraz Ci, co mówią że matematyka nie przydaje się w codzinnym życiu??) i niespodziewanie zwalniam duszenie, które zupelnie nie wiem kiedy założyłem młodemu. Ale chyba niezbyt skutecznie, bo młody patrzy na mnie i tylko złośliwie się uśmiecha. Próbuję go wziąć na racjonalne argumenty (nie wiem co mi odbiło, żeby racjonalnie przekonywać 2,5-latka): „połóż się i idź spać, tata jest już zmęczony, a są wakacje i wtedy się odpoczywa iiii …; Taaatuuusiu kupę i siku”. Dla pewności mały czerw powtarza tę frazę 3 razy, za każdym podwyższając liczbę decybeli (kończy chyba na 120). Całą wypowiedź okrasza piękny uśmiech ala Imperator Palpatine zrodzony ze świadomości, że „nie masz na to odpowiedzi” (WILQ TM). Gówniarz siedzi uśmiechnięty na muszli, a ja całą energię, która miałem włożyć pisanie kieruję w wymyślanie planu zemsty. Oczami wyobraźni widzę już jak będę żarł 4 kostki masła dziennie przez najbliższe 40 lat i później, jak młody przyjdzie mnie odwiedzić w jesieni życia, ja będę miał już (dzięki temu masłu) zaawansowaną demencję i powiem do niego tak: „synusiuuuu, kupę i siku”. A gdy zobaczę przerażenie w jego oczach dodam: „właśnie zrobiłem”. W trakcie gdy tak się rozmarzyłem pada komenda od młodego dyktatora – „tatusiuuuu, skończyłem”.

Okazało się, że to jeszcze nie jest finał wędrówki w objęcia Morfeusza – przerobiliśmy jeszcze „tato wyłącz lampkę bo świeci w oczy; tato włącz lampkę bo potwory; tato komar mnie gryzie wygoń go; tato pić mi się chce”. I tak po kolejnej pół godzinie wytaczam się z pokoju i drżącymi rękami szukam valerinu. Próbuję przeczytać ulotkę i sprawdzić, czy da się tym zatruć, ew. przedawkować. W głowie świta, że kolega mówił, że mu farmaceutka mówiła, że tata Marcina powiedział, że „panie, to jest ziołowe, to tak jak przedawkować Jegermeistera – praktycznie się nie da”. Odliczam 4 sztuki (nie mogą tego robić w jakichś megatabsach?) i szukam czym popić. Tym razem wygrana – pod rękę trafił miód pitny!!!

Gdy przychodzi rozluźnienie (i lekkie otępienie) zaczynam się zastanawiać, co ja miałem dzisiaj zrobić?? Odruchowo łapię za pilota – „o film ze Stevenem Seagalem”! Dopiero następnego dnia dociera do mnie, że po raz kolejny mój cały misterny plan padł ofiarą małoletniego asasina kreatywności.

Nie bądź chytry, podziel się linkiemShare on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *